Z samochodami jest jak z ludźmi. Jedni są piękni i zadbani, a drudzy do roboty. Pierwsi delikatni, szybko się męczą i chorują od lekkiego wietrzyku, a drudzy nawet nie zauważą, że przeszli ciężką grypę. Taka właśnie jest niebieska Syrena 102, która przetrwała do dziś w stanie zachowania.

 

W wypadku samochodów wszystko zależy – po pierwsze, jakie są od urodzenia, a po drugie, w jakie trafią ręce. Znany przed wojną specjalista od techniki motoryzacyjnej i autor podręczników dla kierowców Stanisław Szydelski zapytany, który samochód jest najlepszy, odpowiadał: „Ten jest najlepszy, który ma najlepszego kierowcę”.

Po wojnie opcje zakupu samochodu w Polsce drastycznie zmalały. Praktycznie sprowadzały się do możliwości użytkowania demobilowego wraku kupowanego z kolejnej ręki bez jakiejkolwiek wiedzy na temat jego historii, albo auta z importu marynarskiego, z giełdy czy okupionego wieloletnim oczekiwaniem w kolejce do Motozbytu, a potem Polmozbytu. Byli też szczęśliwcy, którym udawało się to od ręki, ale tym razem pomińmy tę kwestię. Temat dotyczy bowiem dbałości o samochody, a nie sposobów ich pozyskiwania.

Dodajmy, temat rzeka i dlatego skupmy się tylko na jednym przypadku. Dość ciężkim trzeba przyznać, bo na jedynym przez długi czas, w miarę dostępnym polskim samochodzie dla polskiego obywatela czyli na Syrenie.

 

W stanie zachowania

Powód jest jeden – samochód najbardziej mi się spodobał na warszawskim Zlocie Warszaw i Syren we wrześniu na Placu Defilad. Syren było tam kilka i o dziwo, mniej niż pozycjonowanych wyżej pod względem prestiżu i ceny Warszaw. W większości przypadków, posługując się językiem słyszanym dawniej w tym miejscu z racji odbywających się tu giełd samochodowych, były to egzemplarze mocno „podpicowane” z dużymi wtrąceniami własnej inwencji kolejnych właścicieli.

Tylko jedna była wyjątkowa. Ze spłowiałym lakierem, rdzawymi plamami wydobywającymi się z trzewi ponad pięćdziesięcioletniej blachy, z wysiedziałą tapicerką, spękaną kierownicą w kolorze kości słoniowej i w większości z oryginalnymi częściami.

Dość dokładnie oglądałem samochód. Autentyczny, 2-cylindrowy dwusuw, chłodnica, wiatrak wentylatora, prądnica, regulator napięcia, umieszczony pod maską opadowy zbiornik paliwa ze znajdującym się jego zagłębieniu kranikiem, charakterystyczny filtr powietrza i tabliczki znamionowe. Zachowały się nawet tak zapomniane szczegóły jak lampka oświetlająca komorę silnika. Pasek klinowy był już bardziej zębatym, a przewody wysokiego napięcia z silikonu, ale to wybaczalne.

Mało kto dziś pamięta lampkę oświetlenia bagażnika, która za sprawą znajdującej się w niej rtęci włączała się samoczynnie po podniesieniu klapy. Ta również w tej „stodwójce” była w stanie nienaruszonym.

Jednym słowem samochód w stanie zachowania i to ten z kategorii w przeszłości niedopieszczanych. Syrena na co dzień. Nie udawała „prawdziwego” samochodu, zwłaszcza zachodniego, czy nawet lśniącego na odległość zagranicznym lakierem Wartburga. Była taka, jak cała ówczesna rzeczywistość, czyli przede wszystkim praktyczna. Sądząc po wyglądzie, chyba nigdy nie mieszkała w garażu i nikt nie pucował jej przed porannym odpaleniem silnika czy rytualnie, po niedzielnym obiedzie. Przypuszczalnie większość swojego samochodowego żywota spędziła pod praskim gołym niebem i tam też po latach została odkryta przez obecnego właściciela Piotra Maliszewskiego. Znalazł ją na początku lat 90. Bezdomną, na ulicy i postanowił przygarnąć. Nie ma technicznego synonimu słowa „humanitarny”, ale gdyby istniał np. „technikalny”, tak należałoby nazwać ten czyn. Potem jak w życiu. Prawna adopcja okazała się procesem bardzo długim, ale w końcu się udało.

  • SONY DSC
    SONY DSC
  • SONY DSC
    SONY DSC
  • SONY DSC
    SONY DSC
  • SONY DSC
    SONY DSC
  • SONY DSC
    SONY DSC
  • SONY DSC
    SONY DSC
  • SONY DSC
    SONY DSC

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *