Rock i zabytkowa motoryzacja to moje dwie największe pasje. Gdy miałem 6 lat, mama wyprasowała mi na koszulce zielone logo zespołu Perfect. W dzieciństwie oprócz kołysanek słuchałem takich szlagierów jak „Money for nothing” czy „Przeżyj to sam”. Okazuje się, że muzyka ukształtowała mój gust motoryzacyjny w klimacie lat 80.

Z perspektywy czasu powiem Wam jedno, Drodzy Czytelnicy. Mężczyźni nigdy nie przestają bawić się zabawkami. Z wiekiem stają się tylko większe i droższe. Tak też było ze mną. Odkąd pamiętam, posiadałem niezliczoną ilość resoraków. Pierwszy magazyn motoryzacyjny dostałem od mamy – był to katalog „Samochody świata 1994”. Od tego momentu uzbierałem obszerny zbiór książek i prasy o tej tematyce.

Żyłem swoją pasją: jeździłem do muzeów, na zloty, wyścigi, zrobiłem sporo zdjęć. W wieku 15 lat kupiłem pierwszego klasyka – niebieski Komar 3, rocznik 1976. Kwotę 300 zł pokryłem z kieszonkowego. Gdy kopnąłem kickstarter i niewielki dwusuw zaskoczył, byłem najszczęśliwszym człowiekiem na świecie. Po kilku dniach pojawiły się pierwsze problemy. Spaliny zamiast tłumikiem wylatywały spod cylindra, hamulce ledwie działały, luzy na kołach przekraczały wszelkie normy. Mimo delikatnie określając, nie najlepszego stanu dawał mnóstwo frajdy. Przygoda z polskim motorowerem wyznaczyła motoryzacyjny kierunek. Od tej pory, jeśli kupuję auto, priorytetem jest oryginalny stan zachowania. Ponadto mechanicznie sprawny, bezwypadkowy, bez korozji.

 

Postawię na swoim!

Gdy poszedłem do pracy, już nie było odwrotu. Wiedziałem, że jeśli wtedy nie kupię youngtimera, to już nigdy tego nie zrobię. Szukałem auta maksymalnie do 10 000 zł. Nie miałem konkretnego modelu na oku. Sugerowałem się tylko stanem technicznym i dobrze na tym wyszedłem. Myślałem o Ładzie 2103, ale w tej kwocie ciężko znaleźć coś godnego uwagi.

Wertując ogłoszenia trafiłem na Audi 80, pierwsza połowa lat 80. Cena 5200 zł, na zdjęciach nieźle wyglądał. Niska kwota trochę nas zastanawiała, ale w końcu to Audi – mniej pożądane niż BMW czy Mercedes. Pojechaliśmy do Aleksandrowa Łódzkiego. W oczy rzucił się olbrzymi zaciek na tylnym błotniku, było jasne, że nie ma czego oglądać. Korozja, niefachowe malowanie, nierówne szczeliny – nadwozie fatalne. Podczas jazdy próbnej przekonaliśmy się, że hamulce są bardzo słabe, a silnik nierówno chodzi. Zebraliśmy się do odjazdu. Sprzedający oferował 700 zł mniej – za darmo nie chciałbym tego złomu.

Szukamy dalej. Na jednym z portali wpadł mi w oko VW Golf 2, rocznik 1985. Zdjęcia nie były wyraźne, ale prezentował się schludnie. Codziennie go oglądałem i często dzwoniłem do właściciela. Nie upiększał rzeczywistości, mówił konkretnie i rzeczowo. Kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana. Tydzień po oględzinach okropnego Audi pojechałem do Warszawy. Najbliżsi byli sceptyczni. Nie jestem laikiem, wiem, jak kupić dobre auto. Nadarzyła się okazja, nie zamierzałem jej marnować i postawiłem na swoim. Pracuję jako doradca klienta, więc ostatnie słowo należy do mnie, pokonywałem obiekcje rodziny. Widząc mój upór, bliscy odpuścili, ale nie byli zachwyceni. Nic mnie to nie obchodziło. Życie jest zbyt krótkie, by przeżyć je przed telewizorem. Klucz do szczęścia to samorealizacja. Moim celem było aktywnie rozwijać swoje zainteresowania, a nie teoretycznie i pasywnie, jak do tej pory było.

24 maja 2015 jedziemy z panem Wojtkiem oglądać Golfa. Podświadomie czułem, że spełni moje wymagania i go kupię. Po żmudnym błądzeniu i słuchaniu „przydatnych” rad starej nawigacji, w końcu dotarliśmy na Wawer. Wchodzimy na podwórko i naszym oczom ukazuje się piękny egzemplarz. Kanciasta sylwetka, błyszczący srebrny metalik! Wyglądał lepiej niż na zdjęciach.

Dalszy ciąg tej historii – w Automobiliście!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *