Chociaż wielu odwiedzającym wydawało się, że gości w tym roku było jakby mniej, ale liczby nie kłamią, a szczególnie dane z kas biletowych. Imprezę odwiedziło ponad 185 tys. osób – znowu więcej niż w zeszłym roku.

Dobudowywane są kolejne hale, częściowo już wykorzystywane i ciągle nie ma wolnych miejsc. To największa impreza o tym charakterze na świecie, z ok. 2700 pojazdami na sprzedaż. Transakcji było sporo i to nie tylko tych, które tu finalizowano po wcześniejszych uzgodnieniach. Kupujący byli raczej dobrze przygotowani, o czym może świadczyć przeprowadzona aukcja Coys, gdzie czas licytowania poszczególnych aut rzadko przekraczał dwie minuty, a sprzedano ponad 80% z wystawionych. Spotkaliśmy też dwie polskie firmy restaurujące, które odnotowały całkiem satysfakcjonujące rezultaty sprzedaży.

Były też transakcje poza aukcyjne, ale dżentelmeni nie rozmawiają o pieniądzach, więc można było się tylko dowiedzieć, że np. przecudnej urody Bugatti 57SC z 1938 z karoserią Gangloffa poszło za kwotę siedmiocyfrową (w euro). Za 4 i pół miliona funtów wystawiono Ferrari F1 212 Monoposto z 1950, ale to propozycja dla specjalnej grupy kolekcjonerów, bo w końcu to samochód wyścigowy. Generalnie jakiejś szalonej zwyżki cen nie zauważyłem, chociaż niektóre transakcje wskazują na dowartościowanie pewnych grup aut ze średniej grupy cenowej, szczególnie jeśli były produkcji niemieckiej lub włoskiej. Przykładem mogło być perfekcyjne BMW Z1 sprzedane za aż za 165 tys. euro. Od kilku lat bardzo dużego znaczenia nabiera niski przebieg oferowanych samochodów i oryginalny stan, bez remontów i wypadków. To dość mocno selekcjonuje ofertę.

Więcej w Automobiliście!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *