Po raz trzeci Maciej Stapf i Łukasz Wyra zorganizowali spotkanie właścicieli motocykli BMW R75 i Zündapp KS750 czyli tzw. „Sahar”. Zdobyte w dwóch poprzednich edycjach doświadczenie, zaowocowało świetną organizacją imprezy, która w tym roku odbyła się w Korbielowie położonym w Beskidzie Żywieckim.

Mój udział w tym zlocie, po nieobecności na mazurskiej edycji w Giżycku, wcale nie był taki pewny. W ubiegłym roku podczas jednej z przejażdżek moim Zündappem KS 750 zatarłem silnik i prawdę mówiąc do dnia dzisiejszego nie wyremontowałem go jeszcze. Winnym tego był rozpoczęty w ubiegłym roku projekt restauracji samochodu DKW Munga z 1959r.

Pod koniec ubiegłego roku dotarł do mnie link do oficjalnego filmu z II edycji Zlotu Sahar. Tam jedna z uczestniczek powiedziała zdanie, które utkwiło mi w pamięci: „ zapraszamy wszystkich posiadaczy i miłośników tych wspaniałych motocykli na kolejną edycję. Nie ważne czy masz motocykl czy nie. Jeżeli kochasz te wspaniałe motocykle to musisz za rok być z nami.” Dodam, że koleżanka, która to mówiła wraz z mężem specjalnie przyjechała do Giżycka ze Szwecji. Pomyślałem więc, że skoro ludzie mogą przypłynąć na taki zlot ze Szwecji to ja nie mogę się usprawiedliwiać i w następnym roku muszę być na imprezie.

Maciek z Łukaszem rozpoczęli przygotowania do zlotu już pod koniec 2016r. Aby zachęcić niezdecydowanych co jakiś czas przysyłali zdjęcia i filmiki z objazdu planowanych tras. Góry, śnieg i zabytkowy motocykl, który z trójką pasażerów wspina się pod górę po trudnym do pokonania podjeździe. Takie obrazy działają na wyobraźnię i pobudzają chęć uczestnictwa w przygodzie. Ale tak całkiem bez motocykla i w dodatku z żoną, która kategorycznie zaanonsowała chęć wspólnego wyjazdu w góry to jednak nie honorowo. I co tu zrobić. Na moje szczęście, kolega z Kanady zlecił mi do zrobienia swoje BMW R75. Motocykl właśnie wrócił z tułaczki po świecie. Niestety okazał się egzemplarzem zrobionym w Polsce w latach 90-tych „na sprzedaż”, co wprost oznaczało, że był niepewny i lepiej by było nim nigdzie nie wyjeżdżać. No, ale przecież jest zlot „Sahar” a ja nie mam czym jechać. Szybki przegląd, regulacje gaźników, reanimacja hamulców i okazało się, że jednak sprzęt jakoś działa. Niestety później okazało się, że jak to zaśpiewał w piosence Dżem „krótki to był zryw” i jednak motocykl nie dał rady trudnej trasie. Ale nie wyprzedzajmy faktów.

Na 2 tygodnie przed terminem zlotu organizatorzy rozsyłają po uczestnikach e-mail, w którym znalazło się znamienne zdanie:”Prosimy Wszystkich żeby przed trasą zatankowali motocykle. Prosimy o zabranie również ciepłych strojów (choć ma być ładna pogoda) i może coś przeciwdeszczowego (choć ma być ładna pogoda). Jeżeli ktoś ma, to może zabrać również łańcuch na koła – na wszelki wypadek – zimę mamy długą tego roku”. No to ładnie gdzie te chłopaki zamierzają nas zabrać, że w połowie maja będą potrzebne łańcuchy. Na wszelki wypadek treści tej informacji nie pokazałem żonie aby przypadkiem nie wpadła w panikę.

Nadszedł oczekiwany dzień 18 maja. Motocykl załadowany na przyczepie, ubrania i inne pomoce do nawiązywania nowych znajomości czekają na swoją kolej w torbie. Pobudka o 4 rano aby o 5 móc wyjechać w liczącą 620 km drogę. Na 7 umówiłem się z Adamem z Ostrowi Mazowieckiej, właścicielem R75.Droga do niego jest właśnie w przebudowie więc aby zdążyć trzeb było troszkę dawać po garach samochodu.

Udało się i o czasie jesteśmy u Adasia, który razem z żoną Magdą, już czeka aby razem ruszyć w dalszą drogę. Ponieważ po drodze jest Warszawa, która około dziewiątej jest permanentnie zakorkowana, postanawiamy ominąć ją od południa przez Górę Kalwarię. Dalej na Rawę Mazowiecką i ”Gierkówką” do Tomaszowa Mazowieckiego. Podróż przebiegła dość sprawnie.W Tomaszowie dołącza do nas kolejny właściciel „Sahary”, Karol z Gdańska. Dalej więc jedziemy już w 3 zestawy samochód-przyczepa.

Ku mojemu zdziwieniu, mimo stosunkowo wczesnej pory, w parku maszyn stoi już ok 15 motocykli. Widać też coraz więcej BMW. Na pierwszym Zlocie były tylko dwa R75. Na drugim zlocie przyjechały już 4 sztuki, a teraz aż siedem. Widać też zmianę w podejściu do restauracji motocykli. O ile jeszcze 3-4 lata temu wszyscy starali się mieć motocykle odrestaurowane, wyglądające lepiej niż w dniu gdy opuszczały bramy swych macierzystych fabryk, o tyle teraz pojawia się coraz więcej motocykli z dużą ilością oryginalnego lakieru. Część pojazdów została też specjalnie postarzona, aby jak najbardziej przypominać egzemplarz wyciągnięty przed chwilą ze stodoły. Tak to z czasem zmieniają się ludzkie gusta.

Posiadacze naszych ukochanych motocykli przyjechali na zlot praktycznie ze wszystkich stron Polski, a jedna załoga tak jak przed rokiem, specjalnie ze Szwecji. Tuż przed wieczornymi Polaków rozmowami w pięknych okolicznościach przyrody i motocykli, na parking zlotowy przybyła 25 załoga. Kolejny rekord.

Piątek 19.05.2017 przywitał nas piękną i słoneczną pogodą. Zebrani na placu przed hotelem słyszymy, że nie wszyscy muszą jechać, że można maksymalnie jechać po 2 osoby na motocyklu i że jak już pojedziemy to nie będzie można zrezygnować. Zündappy nie będą potrzebowały reduktora, ale BMW bez niego na miejsce docelowe nie wjadą. Fajnie, akurat w używanej prze ze mnie BMW, terenowe biegi nie działają. No ale przecież nie dam po sobie tego poznać. Oczywiście jadę, może jakoś się uda. Po odprawie przyjeżdżają 2 quady GOPR-u i wyruszamy do celu, czyli na Halę Miziową w masywie Pilska. Już pierwsze metry podjazdu pod górę pokazują, że łatwo nie będzie. Jedynka czasem tylko dwójka i nic więcej. A to dopiero przedsmak tego co nas czeka.

No, ale w końcu nasze motocykle zostały stworzone na takie trasy więc muszą sobie poradzić. Nawet ci koledzy, którzy nie mieli doświadczenia z jazdą w terenie, nie dali po sobie tego poznać i dzielnie jechali do przodu. Niestety po przejechaniu mniej więcej 1/5 trasy, niefortunnie zawadziłem podnóżkiem o wystający korzeń lub kamień i ku mojemu zdziwieniu zostawiłem go za sobą. Bez podnóżka jazda w górach jest dość trudna więc po dojechaniu do znajdującej się o jakieś 50 metrów polany zgasiłem motocykl i udałem się w dół szukać zguby.

Podnóżek znalazłem i ku mojemu zdziwieniu zobaczyłem, że tzw. „restauratorzy” z lat 90-tych zrobili go z taniego żeliwa, a nie drogiej kutej stali. Dlatego zamiast się zgiąć pękł. A ponieważ nieszczęścia zazwyczaj chodzą parami, moje BMW za nic w świecie nie chciało po postoju odpalić. Nawet zjazd z górki na biegu, nie chciał przywrócić do życia silnika. W zasadzie trudno mu się dziwić. Był tak gorący, że nawet zalanie paliwem bezpośrednio do cylindra nie dawało żadnego efektu. Benzyna zachowywała się jak suchy lód, natychmiast wyparowywała, a nie regenerowany i też gorący iskrownik nie dawał dostatecznie silnej iskry by taką mieszankę zapalić. Krótka rozmowa z Maćkiem i najbardziej trudna, ale jedynie słuszna decyzja, czekam aż ostygnie i zjeżdżam w dół trasą narciarską.

Po odpaleniu motocykla zaczynam zjazd w dół. Nachylenie stoku ok. 30 stopni nie wydawało się niczym strasznym, więc powinienem dać radę. Na moje nieszczęście po drodze czekały mnie dwa odcinki dużo bardziej strome, ale o tym dowiedziałem się dopiero jak do nich dotarłem. Zjazd motocyklem, w którym skręcana rama dawno przestała być sztywna, brak podparcia na urwanym podnóżku dla nogi i bez hamulca na kole wózka nie był taki prosty jak mi się na początku wydawało. Motocykl żył swoim życiem, skręcając np. w zupełnie inną stronę niż bym tego od niego oczekiwał. Gdy dojechałem do bardziej stromych odcinków wiedziałem, że muszę zmienić technikę jazdy. Po pierwsze zgasiłem silnik dzięki czemu ten pracował jak skuteczny hamulec. Po drugie zjeżdżałem szusując zakosami, niczym na nartach, aby możliwie dużo wytracać z prędkości nabieranej przez ważący 450 kg pojazd.

Gdy po półgodzinnej walce dojechałem do rozciągającej się u podnóża góry asfaltowej drogi, byłem mokry jak szczur  i zmęczony jak koń po całodziennej orce. Żal jednak było w sercu tego, że nie zobaczyłem szczytu gór z bliska.

Na sobotę organizatorzy zaplanowali dwie kolejne atrakcje:wyjazd do Węgierskiej Górki i zwiedzanie polskich umocnień obronnych z 1939 r. oraz przejazd na Słowację w celu zwiedzenia Morawskiego Zamku. Super plan, cały dzień w trasie. Po wcześniejszych doświadczeniach z niepewnym przegrzewającym się BMW, postanowiłem nie ryzykować i skorzystać z uprzejmości Maxa, który zabrał w trasę moją żonę.  Ja zaś, ponownie podziwiałem widoki z poziomu tylnego siodełka Zündappa kierowanego przez Karola.

Trasa z Korbielowa do Węgierskiej Górki obfitowała w piękne widoki na szczyty Beskidów.Mimo, że odbywała się w normalnym ruchu miejskim, przebiegła bardzo sprawnie. Na miejscu, przy polskim bunkrze obronnym, przewodnik bardzo ciekawie opowiedział wszystkim uczestnikom o historii tego miejsca i jego znaczeniu w wojnie obronnej 1939 r. Po zwiedzeniu fortyfikacji pojechaliśmy w góry zobaczyć dwa inne bunkry, malowniczo położone na szczytach okolicznych gór. Oba oglądane budowle są  niestety w tragicznym stanie i stanowią totalną ruinę.

Zdziwił się nie jeden z nas, gdy dowiedział się od przewodnika, że zniszczenia bunkrów to bynajmniej nie dzieło okupanta niemieckiego, tylko naszych wojsk specjalnych, trenujących stosowanie plastyku wybuchowego w latach 80-tych XX. stulecia.

Po zwiedzaniu umocnień i zjedzeniu grochówki przygotowanej przez obecnych gospodarzy fortyfikacji udaliśmy się w dalszą drogę w stronę Słowacji. Naszym celem był Orawski Zamek. Malowniczo położona droga położona między górami obfitowała w bardzo długie podjazdy. Mimo, że nachylenie drogi nie było zbyt duże to fakt, że podjazd miał 4-5 kilometrów sprawiał, że nie jednokrotnie trzeba było zredukować biegi do dwójki aby sprostać wyzwaniom trasy. Sam zamek robił duże wrażenie. Podobny z zewnątrz jest trochę do naszej Pieskowej Skały, ale góra na której jest położony, jest dużo wyższa i bardziej stroma. Każdy ze zwiedzających, widząc niekończące się schody prowadzące na szczyt budowli, zadawał sobie pytanie jak ludzie to wszystko zbudowali. Wnętrza zamku są skromne i bardzo puste, brakuje mebli i wyposażenia pomieszczeń. Słowacy mają też bardzo ciekawy sposób kontrolowania tempa zwiedzania przez wycieczki. Po wejściu do jakiejś sali, prowadzące do niej drzwi są zamykane na klucz, a wyjście możliwe jest tylko do przodu przez kolejne otwierane przez przewodnika drzwi. Cóż, co kraj to obyczaj. Po obejrzeniu zamku, podzieleni na dwie grupy, ruszamy w drogę powrotną do Korbielowa. Z każdym kilometrem zbliżającym nas do bazy, zaczęło robić się coraz zimniej i ciemnej.

Liczba atrakcji a zwłaszcza wjazd motocyklami na szczyt górski terenowymi dróżkami, normalnie niedostępnymi zwykłym zjadaczom chleba, sprawia, że była to najciekawsza impreza motocyklowa w moim życiu. Chwała Maćkowi i Łukaszowi za pomysł, konsekwencję w działaniu i integrowanie środowiska właścicieli Zündappów KS750 i BMW R 75. Wiem jedno, że o ile będą następne edycje organizowanych przez nich zlotów, ja będę na nich na pewno.

Andrzej Awramiuk

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *