O zbyt wielu samochodach powiedziano, że są kultowe i określenie to mocno się wyświechtało. Jeżeli jednak jakieś auto w pełni zasługuje, by nazwać je kultowym, to na pewno BMW M3. Ale tylko generacji E30.

To, co dziś robi BMW, może się podobać lub nie – to kwestia indywidualnego gustu. Trudno jednak zrozumieć, dlaczego firma zdjęła otaczane czcią oznaczenie M3 z dwudrzwiowego coupé wywodzącego się w prostej linii od pierwowzoru serii E30 (przemianowując je na M4) i ograniczyła jego stosowanie do wersji sedan…

Inna sprawa, że współczesne M3/M4 jest już i tak za duże i za ciężkie, by fundować kierowcy takie same wrażenia z jazdy, jakie dawał mały, lekki i zwinny oryginał sprzed 30 lat. Dlatego też powstało o rynkową klasę niższe, ale emanujące podobnym chuligańsko-zawadiackim charakterem M2, będące takim M3 dla tych, dla których M4 za bardzo urosło. Ot, logika dzisiejszej motoryzacji.

Magia M3 serii E30 jest niezaprzeczalna – ba, dziś przyjmuje się ją za pewnik, tak samo jak to, że Mickiewicz zachwyca, bo to Mickiewicz – ale gdy się nad tym głębiej zastanowić, w pierwszej chwili trudno znaleźć przyczynę. „M-trójka” nie ma 6-cylindrowego silnika, nie ma napędu na cztery koła, a wygląda jak kredens na kołach z nadmuchanymi błotnikami.

Więcej – AUTOMOBILISTA 11/2017 (211)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *