W 2016 r. dwóch naszych przyjaciół z grupy „Dziki Junak” – Piotr Czołnik i Krzysztof Pazura otrzymali propozycję od organizatora eksploracyjnych wypraw motocyklowych Krzysztofa Samborskiego skorzystania z wolnych miejsc w kontenerze z motocyklami na wyprawę do Kirgistanu. W międzyczasie wydarzyło się jednak coś jeszcze.

Na stronie Stowarzyszenia Junak SFM pojawili się Kubańczycy – Yamila i Octavio. Mieli Junaka i próbowali doprowadzić go do stanu użytecznego. Wiadomo, że w latach 60. na Kubę wysłano 200 egzemplarzy Junaków i kilka z nich przetrwało. W środowisku junakowców zawrzało, ruszyły poszukiwania zakończone wysłaniem paczki z częściami na Kubę. Niestety, cło za paczkę wyniosło tyle co przeciętna miesięczna pensja, a do tego paczka okazała się za ciężka. Kubańczykom warto było jednak pomóc, więc Krzysztof Pazura, znany z nieszablonowych pomysłów, zaproponował, aby potrzebne części… po prostu zawieźć! Daleko i kosztownie, ale warto spróbować. Piotrowi Czołnikowi, który przejeżdża średnio rocznie prawie 20 tys. km Junakiem, nie trzeba było dwa razy proponować. Kirgistan mógł poczekać!

Podstawowe dokumenty i deklaracje złożyli w ambasadzie już w listopadzie 2016. Papierów było sporo, a i tak na miejscu okazało się, że to jeszcze nie wszystko. Pierwszego grudnia przyszła wiadomość od Krzysztofa Samborskiego – Szykujcie się!. Piotr natychmiast kupił dwa bilety lotnicze do Hawany, przez Toronto, ale i tak taniej. Dwa Junaki przygotowano do morskiej podróży w kontenerze. Piotr jeździ dużo Junakiem. W 2016 zdołał już przejechać 16 tys. km na wypożyczonym od Krzysztofa, skręcanym wale korbowym, który właśnie się rozkręcił. Był koniec grudnia, termin załadunku wydawał się odległy, więc można było silnik spokojnie naprawić. Ktoś coś źle zrozumiał i nagle okazało się, że motocykle muszą być dostarczone do kontenera do 11 stycznia. Nieprzespane noce i 250 km próbnej jazdy i docierania w czasie jedynych tamtej zimy, rzeczywiście
mroźnych dni stycznia, ale udało się, zdążyli!

Motocykle płynęły sobie spokojnie do 10 marca na Kubę, a nasi podróżnicy wylądowali w Hawanie też tego samego dnia. Nie obyło się bez przygód. Największy kłopot pojawił się w Toronto w czasie prześwietlenia bagażu Piotra. Mnóstwo podejrzanego motocyklowego żelastwa, a czasu do przejścia na kolejny lot już prawie nie ma. Kontrolerka Security zaczęła to wszystko wybebeszać, a panowie podróżnicy jak na szpilkach… i wtedy pewne polskie siarczyste słówko zakończyło problem, bo pani Security zapytała: „To panowie z Polski?” i podejrzane żelastwo z braku czasu trafiło do… bagażu podręcznego, a u Latynosów to było już spokojnie. Na tyle spokojnie, że jedna walizka przyleciała dopiero następnego dnia.

Na lotnisku w Hawanie pierwsze zderzenie z tamtejszymi zwyczajami – wymiana pieniędzy i taksówki. Wcale nie malownicze „amerykany”, ale nowoczesne auta, głównie chińskie i koreańskie, ze zwyczajami jak parę lat temu na Okęciu, czyli warto pójść na koniec kolejki, aby pojechać za połowę kwoty.

Odbiór motocykli z kontenera – bezproblemowy, ale okazało się, że lusterka wsteczne połamane – dało się to przeżyć. Bagaże były poroztrząsane, a w nich przecież znajdowały się części zamienne do Junaków. O dziwo, nic nie zginęło.

Po pierwszych dniach pobytu w Hawanie czas „w drogę” i to „na niezawodnego nosa” Piotra. Miejsca oznakowane na starszych mapach jako plażowe, okazywały się tylko wspomnieniem po nich, ale mimo to były malownicze. Bolesnym doświadczeniem były „akcje krwiodawstwa” na rzecz miejscowych meszek. Atakowały szczególnie Krzysztofa, który spał pod gołym niebem, ale bez moskitiery. Ślady ich ukąszeń przetrwały jeszcze kilka tygodni po powrocie do Polski.

O niecodziennej podróży Junakami po kubańskich szlakach przeczytamy w miesięczniku AUTOMOBILISTA 3/2018 (215)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *