Świat samochodów zabytkowych od zawsze podzielony był na dwie kategorie: auta, które się zestarzały i te, które dojrzały. Te drugie dojrzewają niczym wino. Ich walory i unikatowy charakter często odkrywamy z upływem lat, mimo że jako nowe często zbierały cięgi od krytyków.

Bohater tej opowieści jest najlepszym potwierdzeniem tej tezy udowadniając przy okazji, że klienci często nie kupują samochodu przez pryzmat nowatorskich rozwiązań technicznych czy stylowej formy, a kierując się znaczkiem na masce…

Ferrari GT4 nie miało łatwego życia. Już czas jego narodzin okazał się bardzo trudny. Kryzys paliwowy wypowiadał wojnę autom, dla których nadrzędnym parametrem były osiągi. Do tego ten model wyszydzany był przez snobistyczną część miłośników aut z Maranello, jako auto ledwie aspirujące do miana prawdziwego Ferrari. Spowodowane to było nowatorskim wówczas projektem nadwozia oraz jego czteroosobową formą, a nade wszystko brakiem emblematu z czarnym koniem na masce. Z kolei, gdy GT4 zaczął się starzeć, z racji stosunkowo niskiej ceny, jego egzemplarze trafiały masowo w ręce ludzi, którzy z braku funduszy naprawiali je chałupniczymi metodami. To sprawiło, że w późniejszych latach kolekcjonerzy omijali auto z daleka, powielając często opinie, że GT4 to takie Ferrari – NieFerrari . Trzeba było czekać kilkunastu lat by odkryli GT4 na nowo, bo trzeba powiedzieć jasno, że GT4 to Ferrari z krwi i kości, a w dodatku posiada rozwiązania, które po raz pierwszy wykorzystano w samochodzie z czarnym koniem na masce.

By zrozumieć trudną historię Ferrari GT4, trzeba cofnąć się do połowy lat 50., kiedy to Enzo Ferrari ugruntowywał swój wizerunek niezwykle wymagającego, despotycznego geniusza. Dla większości – egoisty. Bo nie da się ukryć, że dla niewtajemniczonych w rodzinne życie „il Commendatore” sprawiał wrażenie, człowieka zainteresowanego wyłącznie zaspokajaniem swoich własnych ambicji, nie zważając na nikogo.

Jednak Enzo oprócz samego siebie kochał kogoś jeszcze. Mowa tu o Alfredo „Dino” Ferrari, będącym owocem małżeństwa Enzo z Laurą Garello. Alfredina od najmłodszych lat zaznajamiano z tajnikami budowy samochodów i prowadzenia firmy, co miało być doskonałym przygotowaniem do przejęcia rodzinnego biznesu. Enzo sam pozbawiony wykształcenia, inwestował w syna, który już w wieku 23 lat mógł pochwalić się dyplomami inżyniera dwóch renomowanych uczelni technicznych. Nie bagatelizował przy tym ekonomii pasjonując się zagadnieniami związanymi z zarządzaniem własną firmą.

Dino oprócz wykształcenia mógł poszczycić się ponadprzeciętnym talentem w projektowaniu silników, co ojciec szybko dostrzegł. Było to o tyle zaskakujące, że Dino jako inżynier w Ferrari chciał rozpocząć prace nad 6-cylindrową, widlastą jednostką o pojemności 1600 ccm, która mogłaby się sprawdzi w samochodach nowej Formuły 2. Dotychczas Enzo reagował prawdziwą furią na kogokolwiek, kto próbowałby zerwać z tradycją wyścigowych silników V12. Trudno powiedzieć, czy dzięki miłości ojca do syna, czy też zdrowemu rozsądkowi, bez zmrużenia oka nie tylko zezwolił mu na rozpoczęcie prac nad nową jednostką, ale i odesłał do pomocy swego najbardziej zaufanego człowieka, fenomenalnego projektanta Vittorio Jano.

Szybko okazało się, że wspólny wysiłek Dino i Vittorio zaowocował nową jednostką, która niedługo podbije tory wyścigowe. Niestety, los nie pozwolił nacieszyć się 24-letniemu Alfredinom sukcesami swego dzieła. Przewlekła choroba nie odsunęła jednak Dino od pracy nawet, gdy już nie mógł chodzić. Niemal każdego czytał dnia kolejne raporty z postępów prac nad nowym silnikiem omawiając projekt zarówno z ojcem, jak i Vittorio Jan.

Niestety, choroba okazała się postępować szybciej niż przewidywano. Nieuleczalna wówczas dystrofia mięśniowa odebrała w 1956 r. Enzo jego najukochańszego syna. Alfredino zabrakło około 7 miesięcy by zobaczyć w akcji swoje dzieło – jeden z najsłynniejszych 6-cylindrowych silników świata.

Enzo Ferrari był zdruzgotany. Śmierć syna sprawiła, że stał się jeszcze bardziej zgorzkniały i skupiony na sobie. Było jasne, że tracąc syna, stracił możliwość zapewnienia kontroli nad firmą następcy rodu. I to właśnie ten fakt najprawdopodobniej pchnął Enzo do długoletniego romansu z Liną Lardi, z którą miał nieślubnego syna Piero, piastującego dziś stanowisko vice-prezesa zarządu Ferrari.

Jednak o tym, że Piero jest jego synem przyznał się publicznie dopiero po śmierci swej żony w 1978 r.! Cały Enzo…

Karol Wiechczyński

Więcej: AUTOMOBILISTA 9/2018 (221)

Odpowiedź na Ferrari /Dino GT4 – hołd Enzo

  1. Marcin pisze:

    Uwielbiam to auto, podobało mi się zawsze, a o tej historii nawet nie wiedziałem, jest bardzo ciekawa 🙂 Liczymy na więcej ciekawych takich ciekawostek 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *