Gotówki mieliśmy niewiele, była odliczona dokładnie i przeznaczona wyłącznie na paliwo, chleb i bilety wstępu do muzeów. Raz mieliśmy w planie wyprawy przewidziane, że zwiedzimy Postojną Jamę – jaskinię krasową w Słowenii. Bilety wstępu były bardzo drogie.

Losowaliśmy między sobą, kto wejdzie do jaskini z misją jej „naukowego” przebadania. Reszta z nas siedziała kilka godzin i czekała na powrót delegata. Wówczas miało miejsce ciekawe zdarzenie, które obrazuje, jak wyjątkowo ciepłe były, są i – mam nadzieję – będą więzi między motocyklistami. Przed Postojną Jamą stały w kilku rzędach jednoślady. Piękne, potężne marki i modele w tamtym czasie w Polsce zupełnie niespotykane. Wypasione, pełne chromu i co ciekawe, z niewielkimi kuframi lub bez kufrów bocznych.

Nasze pojazdy były całkowicie odmienne. Stare, technicznie przestarzałe, lśniące od olejowych wycieków i załadowane ponad miarę. Bagażnik do Junaka zaprojektowałem sam, zespawał mi go umiejętnie Artur, którego już wspomniałem, a sakwy z płótna gumowanego uszył dla mnie według mojego projektu mój wuj Staszek, z zawodu kuśnierz. W sakwach, w ich dolnej części, woziłem ciężkie konserwy z pasztetem mazowieckim i mielonką tyrolską, paprykarzem szczecińskim i zupami z Pudliszek. Tam także ułożone były narzędzia i części zamienne zabrane na wyprawę. Piętro wyżej znajdował się towar handlowy, bukłak z wodą, ładowarka do akumulatora oraz w workach foliowych bielizna, koszule flanelowe, skarpety, spodnie, sprzęt biwakowy i fotograficzny. Na wierzchu na sakwach w workach troczonych do bagażnika przewoziłem namiot, dwa śpiwory, butlę gazową, prymus na benzynę dublujący butlę tylko dlatego, że była towarem handlowym i zrolowane na pompce do pompowania opon dwa materace oraz sprzęt wędkarski. Ciężar bagażu dochodził do 50 kg.

Miałem w zwyczaju siadać na kanapie z nogami uniesionymi na kierownicę opierając się plecami o furę bagażu z tyłu pojazdu. Mój kolega Wojtek, dosiadający jako jedyny w naszych wyprawach współczesnego wówczas sprzętu – jeździł mając bogatych rodziców na nowiuteńkiej MZ ETZ 250 – w przeciwieństwie do mnie wypoczywał w przerwach w podróży leżąc na trawie. Śmiałem się wówczas z niego dokuczając mu, że jego jednoślad ma zbyt wątły podnóżek centralny, by móc na nim bezpiecznie się ułożyć na postoju. Wojtek żarty przyjmował spokojnie, gdyż wiedział, że wszyscy zazdrościliśmy mu wspaniałej maszyny. Leżąc na trawie na skraju parkingu dywagował ze mną o naszej – Polaków – przewadze intelektualnej nad innych narodowości motocyklistami, dosiadającymi potężnych BMW, Ducati, Moto Guzzi i bolidów innych marek, którzy nawet bagażu ze sobą nie wożą, a koszulę zamiast uprać kupują, gdy chcą odświeżyć ubiór. Ponadto wożą się z pięknymi dziewczynami, a nie jak my z pilotem Tomkiem.

Kończąc zapamiętałą dyskusję Wojtek zatopił zęby w urwanym przy drodze zdobycznym jabłku, rzucając do mnie drugie. Ja zaś wierny mym przyzwyczajeniom, siedząc na Junaku z nogami w górze, chwytając oburącz lecące do mnie jabłko, straciłem równowagę, a mój piekielnie przeładowany Junkers zwalił się w prawo na stojący Ducati Monster, dalej na BMW i jak w klockach domina na inne maszyny stojące na parkingu w rzędzie.

Brać motocyklowa – wówczas poznałem, co to znaczy – niosła mi natychmiastową pomoc. Niemcy, Włosi i inni ratowali mnie i moją zakleszczoną dziwnym trafem pomiędzy motocyklami nogę, podnosili kolejno przewrócone motocykle nie zrobiwszy mi żadnego kłopotu za moją głupotę! Za porysowane zbiorniki, połamane lusterka, porysowany chrom – nic, żadnej – absolutnie żadnej urazy. Cieszyli się wyłącznie, że moja noga – choć sytuacja wyglądała strasznie – nie ucierpiała poza drobnymi obtarciami. Uwielbiam być motocyklistą, a od tamtej pory tolerancyjnym i życzliwym dla wszystkich innych.

Piotr Kawałek

Więcej: AUTOMOBILISTA 10/2018 (222)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *