W połowie lat 60. w Polsce znajdował się prawdopodobnie jeden tylko egzemplarz Porsche 356 1500. Jego historia jest jak wyścig z wieloma zakrętami, długą prostą i nieoczekiwanym finiszem. Wiedzie od węgierskiego Balatonu, poprzez warsztat w mieszkaniu na ósmym piętrze w Katowicach, aż po fabrykę Porsche w Stuttgarcie.

Porsche w tym roku obchodzi 70-lecie swoich samochodów sportowych. 8 czerwca 1948 r. zaprojektowane w oparciu o pomysły Ferry’ego Porsche i zbudowane w austriackim miasteczku Gmünd, Porsche 356 „No. 1” Roadster zostało dopuszczone do ruchu. I właśnie tę datę Porsche fetuje jako narodziny swoich sportowych modeli. Tak zaczęła się globalna, zawrotna kariera niemieckiego producenta.

Fascynacja znad Balatonu

W AUTOMOBILIŚCIE bardziej interesowały nas początki 356-tki w Polsce. I tak trafiliśmy do Katowic, gdzie poznaliśmy pana Adama Szymonowicza, który w 1967 r. kupił 15-letnie Porsche. Pod koniec lat 60. i w pierwszej połowie lat 70. była to prawdopodobnie jedyna 356-tka nad Wisłą.

„Według mojej wiedzy, w tamtym czasie dwa auta Porsche 911 miał Sobiesław Zasada, trzecim samochodem typu Volks-Porsche [Porsche 914 – przyp. red.] był samochód Maryli Rodowicz. Czwarty egzemplarz Porsche – model 356 z 1952 roku miałem ja” – wspomina pan Adam.

Jego przygoda z Porsche rozpoczęła się od wyjazdu WFM-ką w 1964 r. nad słynny węgierski Balaton, gdzie po raz pierwszy w życiu zobaczył Porsche 356. „Ten wóz zrobił na mnie piorunujące wrażenie, od tego czasu marzyłem o Porsche.  – opowiada pan Adam.

Proza z Poznania

Wkrótce potem, przypadkiem, znalazł w Poznaniu uszkodzone Porsche 356 ze stłuczoną przednią szybą i obitym prawym bokiem. Ówczesny właściciel twierdził, że w Zakopanem wjechał w furmankę. Efekt był taki, że Porsche stało pod drzewem, ponieważ pani domu nie pozwalała nim jeździć, a pan domu nie chciał go sprzedać. Adam Szymonowicz odkupił niszczejące auto dopiero od wdowy po właścicielu w 1967 r. i zapłacił za nie więcej niż za nowego Trabanta, co wtedy – dla niego, młodego inżyniera – było sumą astronomiczną.

Pikanterii całej historii dodaje fakt, że Porsche kupione w stolicy Wielkopolski miało – jak mówi pan Adam – wyczynowy silnik o pojemności 1500 cm3 i mocy 70 KM z wałem korbowym dostarczonym przez firmę Hirth. W odróżnieniu od cywilnych wersji, inny był sam wał skręcany z kilku części, a także jego ułożyskowanie – zamiast zwykłych panewek wykorzystane były łożyska rolkowe (toczne). Dzięki temu silnik miał mieć zapewnione znacznie lepsze smarowanie. Z takim silnikiem powstało zaledwie 116 sztuk oznaczonych jako 1500 Super.

Nie wiadomo, czy silnik w aucie pana Adama był oryginalny, ponieważ auto nie miało oznaczenia „Super”, a ponadto już kilka lat przed zakupem jednostką napędową zajmowali się „poznańscy fachowcy”. Na przygody serwisowe wskazuje też fakt, że w momencie zakupu auta przez pana Adama główne łożyska na wale nie były rolkowe, tylko ślizgowe, jak w normalnym Garbusie. Z racji burzliwych losów auta i „okoliczności” jego serwisowania, nie ma pewności także co do oryginalności innych elementów.

Po trzech dniach przygotowań pan Adam „na kołach” przyjechał 356-tką do Katowic. „Gdy poszłam do garażu, by zobaczyć to cudo, które kupił mąż, to o mało nie zemdlałam. Drzwi były związane sznurkami, kolor nierozpoznawalny, przednia szyba popękana, a środek spleśniały. Na każdym złomie są w lepszym stanie samochody. Byłam przerażona, ponieważ wydaliśmy na ten samochód majątek, sprzedaliśmy wszystko, co mieliśmy” – wspomina pani Maria, żona pana Adama.

Serwis kuchenny

Auto nadawało się tylko i wyłącznie do kompleksowego remontu, więc nowy właściciel wstawił Porsche do garażu, a silnik wylądował w kuchni, w mieszkaniu na ósmym piętrze. „Leżał na olbrzymim dębowym stole przykryty białym prześcieradłem i niemal codziennie przychodzili „różni eksperci”, by go oglądać. A w salonie stały obdarte fotele z Porsche” – mówi pani Maria.

Pierwszym problemem pana Adama przy odbudowie Porsche był brak instrukcji, dlatego też „uradził” z kolegami,  że napiszą do firmy Porsche z prośbą o udostępnienie jakichkolwiek  materiałów, które pozwoliłyby samodzielnie wyremontować 356-tkę. „Napisałem, że uruchomiłem auto, przyjechałem nim do Katowic i tnie powyżej 100 km/h zupełnie lekko, co było prawdą. Jakie było moje zaskoczenie, kiedy Porsche przysłało gratis dwa tomy instrukcji na pięknym kredowym papierze ” – mówi pan Adam.

Jednak początkową radość z materiałów przysłonił fakt, że były one oczywiście po niemiecku, a tym językiem pan Adam nie władał. Postanowił zatem zapisać się na kurs języka niemieckiego i tak przy okazji remontu, szlifował również swoje zdolności lingwistyczne. Silnik rozebrał na stole kuchennym, a nad nadwoziem pracował „na dole” w garażu.

Polskie odrodzenie

Wydawać by się mogło, że remont Porsche w latach 60. w Polsce to abstrakcja i tak było. Auto zostało jednak sumiennie odbudowane, dzięki uporowi i talentowi pana Adama oraz temu, że pracował z przemyśle i miał – jak sam mówi – dostęp do jednego z najlepszych parków maszynowych w Polsce. I tak, po godzinach pracy, za zgodą zwierzchników, dorobił wraz ze swoją załogą wiele elementów i poddał silnik bardzo precyzyjnej obróbce. Inne elementy, których nie dało się dorobić w zakładach na Śląsku, zostały wykonane m.in. w zaprzyjaźnionej fabryce w Poznaniu. Brakowało również specjalistycznych narzędzi, np. do obsługi wału korbowego, czy do naprawy wieloklina na bębnie hamulcowym, więc pan Adam też je po prostu dorobił.

W końcu po dwuletnim remoncie, silnik za trzecim zakręceniem „zagadał”. Szczęśliwie sprawnie też poszły prace przy nadwoziu, ponieważ było wolne od korozji, mimo parkowania „pod jabłonką” w Poznaniu. Pan Adam wskazuje, że cały samochód był cynowany metodą rzemieślniczą. [nadwozia modelu 356 były fabrycznie cynowane na znacząco dużych powierzchniach – przyp. red.]

Poważny problem był za to z przednią szybą, ponieważ ta, która była zamontowana w chwili zakupu w Poznaniu, była zwykłą, niehartowaną szybą okienną. O znalezieniu nowej szyby nie było mowy, ale panu Adamowi udało się kupić kawałek pleksiglasu. Doginanie materiału do odpowiedniego kształtu z charakterystycznym „złamaniem” pośrodku odbywało się po grzaniu pleksiglasu, oczywiście nad domową kuchenką. Po chyba ośmiu przymiarkach, pani Maria i pan Adam uzyskali pożądany kształt nowej szyby, dzieła dopełniła nowa uszczelka sprowadzona od Porsche.

Po odbudowie prawie polskie Porsche 356 służyło państwu Szymonowiczom bezawaryjnie przez kilka lat. Pan Adam codziennie dojeżdżał nim do pracy wywołując niemałe zamieszanie. „Jak wychodziłem z pracy, to auta nie było widać spoza tłumu gapiów.”

Karol Kostrzewa

Więcej: AUTOMOBILISTA 11/2018 (223)

Odpowiedź na Porsche 356 – polska historia

  1. Paweł pisze:

    Te samochody nadal wyglądają fantastycznie. Klasyka to klasyka! Ciekaw jestem, ile z nich dotrwało do dziś.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *