Volkswagen stał się przez lata synonimem samochodu, który kupuje się rozumem, nie emocjami. Dla kogo był więc model 411, który ani nie chwytał za serce, ani nie okazywał się szczególnie praktyczny?

Rodzina 411/412 od początku skazana była na porażkę bardziej niż sukces, a i sam producent wydawał się kopać leżącego niemal od dnia premiery. Od tejże minęło 50 lat (październik 1968, salon w Paryżu), przypomnijmy więc ten nieco zapomniany, niemniej ciekawy samochód.

„Czterysta jedenastka” była dla VW wyjątkowa pod wieloma względami. Po pierwsze, był to ostatni osobowy model tej marki z silnikiem z tyłu (nie licząc pasażerskich odmian użytkowego T3, który zadebiutował aż 11 lat po 411, w 1979). Zarazem był to pierwszy seryjnie produkowany VW z czterodrzwiowym nadwoziem opartym na konstrukcji jednolitej (unitary chassis), o czym więcej dalej. Niestety, auto nie chciało i nie mogło być pierwsze na listach sprzedaży. Kiedy cały świat przesiadał się na silniki z przodu i przedni napęd, 411 był jak próba powrotu do epoki kamienia łupanego albo zawrócenia kijem… jakiejkolwiek rzeki, która płynie przez Wolfsburg lub okolice. Można, tylko po co?

Volkswagen próbował stworzyć rodzinny, czterodrzwiowy samochód od końca lat 50., a ponieważ – na mocy umowy między firmami – cały tzw. research & development na jego rzecz prowadziło Porsche, za każdym razem obierano tyleż sprawdzoną, co prowadzącą coraz bardziej donikąd strategię: silnik za tylną osią i napęd na tył.

Pierwsza próba nosiła oznaczenie EA 160 i była w istocie przygotowywanym wówczas do seryjnej produkcji modelem 1500 ze zwiększonym rozstawem osi i dodatkową parą drzwi. Wyglądało to całkiem zgrabnie, ale zbyt wysokie koszty koniecznych wzmocnień przedłużonego nadwozia pogrzebały projekt, nim dotarł do linii fabrycznych. Nieco później, gdy dwudrzwiowe odmiany 1500 były już produkowane, zbudowano kolejny prototyp także z oznaczeniem EA 160 – o takim samym rozstawie osi jak seryjne sedan i kombi, ale o skróconych przednich drzwiach i dodanych tylnych (jak np. we współczesnym Volkswagenie up!). Tym razem spece od marketingu uznali, że rynek nie jest gotowy na czterodrzwiowego Volkswagena. Jeszcze nie.

W 1963 Volkswagen zaczął pracować nad projektem EA 128, czyli dużym sedanem i jeszcze większym kombi na rynek amerykański. Również i te samochody miały być wyposażane w zamontowane z tyłu jednostki napędowe typu bokser, tyle że 6-cylindrowe. Biorąc pod uwagę karierę Chevroleta Corvaira, który rozgłos zyskał dzięki Ralphowi Naderowi, a nie własnym zaletom, zaniechano wdrażania tego przedsięwzięcia do produkcji i wizja Volkswagena, do którego członkowie czteroosobowej rodziny wsiadają każdy własnymi drzwiami, znów odsunęła się w czasie.

Projektem badawczym, z którego ostatecznie wyłonił się 411, był EA 142. Gdyby porównać pierwsze przymiarki z ostatecznym kształtem modelu seryjnego, podobieństwo jest właściwie żadne, poza ogólnymi założeniami konstrukcyjnymi, ale w ostatnich wcieleniach EA 142 był już de facto dwudrzwiowym 411 w wersji sedan (czyli czymś w rodzaju większego 1500/1600), a zatem droga ewolucji jest oczywista.

Skazany na… klęskę

W mateczniku „ludowej” marki zdawano sobie, wbrew pozorom, sprawę z tego, że nowicjusz w gamie będzie przestarzały i mało konkurencyjny już na starcie. Prezes Kurt Lotz, który przejął schedę po zmarłym Heinrichu Nordhoffie, wiedział, ile czasu i pieniędzy włożono już w rozwój nowego modelu i że akcjonariusze na pewno nie docenią ukręcenia mu łba w przededniu premiery. Rad nierad, nowy kapitan wolfsburskiego okrętu wolał wpłynąć na mieliznę niż mierzyć się z górą lodową. A przejęcie NSU i wszelkie tego konsekwencje z pewnością nie ułatwiły mu podjęcia decyzji…

O umiarkowanym powodzeniu modelu 411 świadczą twarde liczby: w najlepszym dla tego auta roku, 1971, nabywców znalazło 79 270 egzemplarzy. Dla porównania, na produkowane wówczas już od 10 lat modele z rodziny 1500/1600 znalazło się niemal trzy razy tylu chętnych, zaś Garbusa kupiło prawie 1,3 mln osób. Gdy w 1973 pojawił się Passat, przez kilka miesięcy (produkcja ruszyła w maju) sprzedano ponad 114 tys. sztuk, podczas gdy znajdujący się na swojej ostatniej prostej 412 (de facto 411 po czymś, co dziś nazwalibyśmy faceliftingiem) sprzedał się w liczbie 73 tys. egzemplarzy. Rok później, w pierwszym pełnym roku produkcji, Passat wyjechał z salonów aż 340 tys. razy, co pokazywało, jak wielki był potencjał tego segmentu rynku i jak bardzo 411/412 nie potrafił go zagospodarować.

Robert Markowski

Więcej: AUTOMOBILISTA 12/2018 (224)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *