Pick-up to rzeczywiście styl życia. Najbardziej ten, który występuje w swoim „naturalnym środowisku” i do najbliższego budynku z windą ma trzy godziny jazdy przy bezśnieżnej pogodzie.

Wprawdzie współczesne pick-upy spędzają więcej czasu na lewym pasie „hajłeja” niż pod wiatą mleczarni, ale to sprawka mody. Jak wpadniesz jej w oko, to umarł w butach. Popularność cię znajdzie nawet za stodołą.

Najlepsze narzędzia to takie, których można użyć wielorako. Takie jak Chevrolet C20 Łukasza Buko. Rocznik 1972, silnik V8, 5,7 na 4-gardzielowym gaźniku, skrzynia automatyczna TH350, 3-biegowa. Całość „matching numbers”, śmieje się Łukasz. „Kupiłem go w Holandii, dokąd przypłynął prosto z fermy kurczaków w Kalifornii, na której spędził cały swój żywot. Napisy na drzwiach są oryginalne, a po numerze telefonu udało się przy pomocy Google Maps dotrzeć do lokalizacji fermy.

Typowy wół roboczy z pancernym zawieszeniem i napędem. Przełożenie w moście 4,11 dzięki czemu bez problemu uciągnie 750 kg na pace i przyczepę z gnojówką. Silnik i skrzynia przeszły remont jeszcze w USA, więc przy starcie spod świateł zaskoczy niejednego muscle cara.

To bardzo rzadko spotykana wersja flatbed. Pick-up jest zachowany w oryginalnym stanie. Widać, że ciężko pracował, ale właściciel o niego dbał. Po zakupie musiałem zrobić tylko drobne naprawy: oświetlenie w kabinie, klocki hamulcowe z przodu i uszczelki pod pokrywami zaworów.

Zwraca na siebie uwagę głośnym, podwójnym układem wydechowym, który kończy się zaraz za kabiną. Używam go w sezonie prawie codziennie, jeżdżę też na zloty.

Michał Kij

Więcej: AUTOMOBILISTA 12/2018 (224)

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *