Nikt nie pamięta, skąd wzięło się określenie hot rod. Najbardziej prawdopodobne, że to skrót od hot roadster. Roadstery były najtańsze, najlżejsze i najlepiej nadawały się do przeróbek.

Dziesiątki lat później w ten sam sposób powstało określenie hot hatch. Bo od bardzo, bardzo dawna chodzi o to samo: żeby być lepszym od innych i żeby zobaczyły to dziewczyny.

Hot rody narodziły się w południowej Kalifornii. Już pod koniec lat 20. młodzi mężczyźni zainteresowali się starymi samochodami i zaczęli je przerabiać, żeby były szybsze. To szczególne hobby rozwijało się przez całe lata 30., a największą popularność zdobyło w latach 40. i 50. Po wojnie wróciło do domów mnóstwo chłopaków z mnóstwem zapału i bogatym doświadczeniem z obsługi sprzętu wojskowego. Pomału hot rody „przeszły na zawodowstwo” i zróżnicowały na kilka „gatunków”.

Przeróbki dyktował zdrowy rozsądek. Skoro samochód miał być szybki, musiał być mocny, lekki i opływowy. Dlatego przerabiano silniki, aby szybciej pochłaniały i „trawiły” paliwo, usuwano zbędne części karoserii, zaczynając od błotników i progów oraz montowano z przodu mniejsze koła, co obniżało sylwetkę i zmniejszało opór aerodynamiczny. Z tyłu zakładano opony o większym rozmiarze, często szersze, aby wóz nie tracił przyczepności przy starcie. Duże koła „zwiększały przełożenie” mostu i można było szybciej się rozpędzić.

Proste początkowo zabiegi, komplikowały się z czasem. Całe zestawy gaźników, przekonstruowane głowice, rozbudowane kolektory, „ostre” wałki rozrządu wyciskały z silników o wiele więcej niż im „fabryka dała”. Ton zaczęli nadawać „mistrzowie”, których kreacje powszechnie podziwiano, pojawili się „strażnicy tradycji”, a wstępu do grona „wtajemniczonych” strzegły już nie tylko umiejętności, ale znajomość specyficznego języka. Zdobienie samochodów dało początek dziełom sztuki o szczególnym zabarwieniu i całej galerii postaci rysunkowych ze szczurkiem Rat Finkiem na czele. O nowinkach i coraz bogatszej ofercie akcesoriów można było poczytać w magazynach poświęconych hot rodom i pokrewnym im kustomom i low riderom. W sklepach pokazały się modele hot rodów do składania, a w 1968 weszły na rynek autka Hot Wheels, legendarna dziś pierwsza „słodka szesnastka” modeli inspirowanych „kulturą kustomową”.

W maju 1951 powstało Krajowe Stowarzyszenie Hotrodowe (National Hot Rod Association – NHRA). Usystematyzowało wyścigi i podzieliło startujące pojazdy na różne klasy. Celowo napisałem „pojazdy”, gdyż na ćwierć mili ścigają się również motocykle i skutery śnieżne. Szczególną odmianą wyścigów na ćwierć mili są zawody w przeciąganiu ładunku przez ciężarówkę lub traktor, lecz tym zajmuje się Krajowe Stowarzyszenie Przeciągaczy Ciągnikowych (National Tractor Puller Association – NTPA). Jakkolwiek infantylne wydaje się tłumaczenie nazwy, oddaje sedno tej ekscytującej zabawy, której nie wymyślili intelektualiści ze Wschodniego Wybrzeża.

W najszybszej klasie Top Fuel samochody przekraczają prędkość 500 km/h. Obecny rekord prędkości należy do Tony’ego Schumachera, który 23 lutego 2018 w Chandler w Arizonie pokonał ćwierć mili w 3,661 s i osiągnął 541,54 km/h. W pierwszym przejeździe miał nieco lepszy czas – 3,649 s, ale niższą prędkość na mecie.

Takich potworów nie buduje się oczywiście z tego, co można wygrzebać na cmentarzysku samochodów i nie robi się tego w pojedynkę. W latach 60. zaczęło brakować Fordów do przeróbek. Coraz częściej sięgano po inne marki, pośmiertną sławę zyskały np. lekkie, wytrzymałe, osobowe Willysy. Ponieważ równocześnie rozwijał się ruch kolekcjonerski, stare samochody zyskały na wartości. Przestały być surowcem, zostały pamiątkami.

Opisywany w najnowszym wydaniu miesięczniku AUTOMOBILISTA 2/2019 (226) czarny Chevrolet z 1931 r. to klasyka gatunku. Wprawdzie nie jest Fordem i na flathead’a warczy widlastą „ósemką” z Corvetty, ale poza tym wszystko się zgadza. Nisko z przodu, wysoko z tyłu, dwumiejscowa „buda” i silna skłonność do zrywania przyczepności.

Nie jest do cna wygolony, ma błotniki, progi, pokrywę silnika i gdyby nie koła i parę szczegółów, mógłby uchodzić za ładnie zachowany oryginał. Takie subtelne modyfikacje, wykorzystujące atuty fabrycznego nadwozia i jednokolorowe malowanie zaczęły się w latach 60. Ponieważ samochody do wyścigów zradykalizowały się, a ludzie wciąż chcieli mieć coś do jeżdżenia „na co dzień”, pojawiły się tzw. street rody. Szybkie i stylowe, budowane przy użyciu aktualnie dostępnych części, co sprawiało, że były względnie łatwe w prowadzeniu i obsłudze.

Czarny Chevy nie ma ani grama elektroniki, która wpływałaby na silnik czy koła. Pije z gaźnika, obraca zębatkami, pali benzynę i gumę. Silnik to popularny small block 5,7 l, osiąga moc 265 KM. Za nim jest 3-biegowy „automat”. Zawsze to jeden pedał mniej do pilnowania. Można skupić się na kierownicy i tych dwóch, które zostały. Do potrójnych przyjemności na „p”, takich jak przechadzka po parku, Chevy dodaje od siebie przyspieszenie i poślizg. Ma hamulce tarczowe, niezależne zawieszenie z przodu oraz „robale w chłodnicy”, jak każdy, prawdziwy samochód.

Michał Kij

Więcej: AUTOMOBILISTA 2/2019 (226)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *