Niemal każda marka ma swojego białego kruka. Jakiś wyjątkowy model. Najczęściej nieosiągalny dla przeciętnego kolekcjonera. I to nie tylko ze względu na koszty. Trudność renowacji i znikoma dostępność części skutecznie zniechęcają do podjęcia wyzwania. Ludzie decydują się na bardziej popularne modele, nie chcąc nadto komplikować sobie życia. Ambicje i marzenia przesuwają się na dalszy plan. Wygrywa pragmatyzm, ale nie o nim w niniejszym artykule. (09/26)

Taki motocykl był często, jak na swoje lata, zaawansowany technicznie, niekiedy z wadami fabrycznymi. Dzisiaj nam się podoba. Jest kolekcjonerskim rarytasem, ale w latach swojej świetności był zbyt awangardowy, drogi, a niekiedy nawet awaryjny.
Kunsztowne modele oferowały nie tylko ekskluzywne marki jak Brough Superior, Coventry Eagle czy British Anzani. Bardziej znane wytwórnie też proponowały coś z górnej półki. Matchless miał swojego Silver Hawk, Ariel – flagowego Cammy SQ4, Triumph – Speed Twina, a BSA – widlastą Y13, która jest bohaterką tego tekstu.
Tylko dwie opcje
Jako miłośnik marki marzyłem od lat, aby do mojej kolekcji dołączyła ta najbardziej poszukiwana maszyna rodem z Birmingham. Wcześniej odrestaurowałem kilka przedwojennych BSA, ale wciąż brakowało Y13, co powodowało lekki niedosyt. Postanowiłem więc spełnić swoje kolejne marzenie. Miałem dwa wyjścia. Zakup jeżdżącego egzemplarza, który i tak, jak to zwykle bywa, zostałby poddany gruntownej renowacji, i wiązał się z kosztem porównywalnym do kupna kawalerki w małym mieście lub opcja numer dwa – zakup substancji, z której mógłbym latami budować motocykl, kawałek po kawałku.






Szansa
W 2013 roku, podczas urlopu w Wielkiej Brytanii nadarzyła się okazja do zakupu takiej właśnie substancji. Zaproponowano mi kilka głównych elementów motocykla, które dawały iskierkę nadziei na końcowy sukces – takie było moje zdanie. I tylko moje, bo wszyscy znajomi i rodzina pukali się w czoło, że chcę się podjąć tego zadania. W sprawach dotyczących pasji słucham jednak bardziej głosu swojego serca niż rozumu i wszelkich doradców. Wygrywają emocje i ideały. Bez względu na cenę, którą trzeba zapłacić. Dlatego te parę gratów przyjechało ze mną do Polski.
Stałem się posiadaczem głównej belki ramy, uszkodzonych karterów, wału, dwóch cylindrów, przedniej głowicy i kilku innych detali. Niewiele tego było, ale ja już wtedy widziałem ją oczyma wyobraźni. Lśniącą, kompletną, ze zbiornikiem w kolorze maroon i przede wszystkim w pełni sprawną. Ze wszystkimi detalami i fabrycznym wyposażeniem. BSA Y13 750cc OHV vee twin z 1938 roku – marzenie, które bardzo pragnąłem spełnić.
