Generic selectors
Exact matches only
Search in title
Search in content
Post Type Selectors

Cadillac Coupé De Ville Cabriolet

Powstał, kiedy więcej znaczyło lepiej, ale świat się zmienił. Dlatego musiał zniknąć. Przedostatni z dinozaurów, Cadillac Coupé De Ville Cabriolet, rocznik 1975. (01/2020)

Nigdy przedtem De Ville nie osiągnął takich rozmiarów. Karoseria o długości 5,87 m skrywała silnik o pojemności 8,2 l. Samochód był dłuższy niż limuzyny serii 75 z końca lat 40.! Lecz tamtymi autami wypadało jeździć z szoferem. Produkowano je dla wyjątkowych ludzi, na specjalne okazje. Tymczasem De Ville był w latach 70. najpopularniejszym modelem Cadillaka, który każdy mógł bez wielkich ceregieli zabrać do domu.

Brzmiące z francuska określenie Coupé De Ville pojawiło się w 1949 roku. Oznaczało wówczas dwudrzwiowy hardtop, najbardziej wyszukaną odmianę nadwoziową serii 62. Karoseria ze sztywnym dachem, pozbawiona słupków środkowych wzbogaciła wtedy po raz pierwszy ofertę Cadillaka i uchodziła za wyjątkowo gustowną. W 1956 roku wprowadzono hardtop z czworgiem drzwi Sedan De Ville. Od tamtej pory słowa De Ville i hardtop stały się niemal synonimami.

            W miarę, jak Ameryka żyła coraz bardziej beztrosko, lapidarne, liczbowe oznaczenie Cadillaków stało się passé. W sezonie 1965 serię 62 zastąpiły dwa modele: najtańszy w gamie Calais i droższy De Ville. Nazwa ta przylgnęła do samochodów stanowiących „złoty środek” – ani zbyt skromnych, ani za bogatych. Na charakter wozu duży wpływ miał nabywca. Lista opcji była długa jak kadencja Roosevelta.

De Ville rocznik 1975 pochodzi w prostej linii z aut, które zadebiutowały w 1971 roku. Wówczas General Motors hurtem wymienił wszystkie samochody „pełnowymiarowe”, czyli typowe krążowniki szos, należące do kategorii full-size: od Chevroleta po Cadilllaca.

Stylistom w koncernie przewodził wówczas Bill Mitchell. Ostatni projektant, który przez większość kariery nie musiał zmagać się z ograniczeniami. Lobby zwolenników czystego powietrza i bezpiecznej jazdy umacniało się od połowy lat 60., ale pod koniec dekady nie zatruwało jeszcze życia kierowcom. Do konstruktorów płynął wartki strumień dolarów, a ich swoboda była niemal nieograniczona.

Mitchell mógł dać wyraz swoim upodobaniom. Nie lubił małych samochodów. Mówił, że projektowanie dla nich nadwozi, to jak szycie ubranka dla krasnala, dlatego Cadillaki z rocznika 1971 były ogromne i bezwstydne. Eldorado miał „żyletkowe” błotniki i wyglądał z przodu, jak fasada pałacu. Pozostałe modele wyróżniały się gładką, wydłużoną linią, podkreśloną tylnym błotnikiem z przetłoczeniem w kształcie pocisku. Formę karoserii, jakby wyrzeźbioną, dopełniały detale – dobierane jak biżuteria do wieczorowej sukni. Cały Mitchell! Musiał być z siebie dumny, doglądając jak „jego” wozy rosną w oczach w biurach projektantów.

De Ville z 1975 roku zachował rozmach poprzedników. Był nawet odrobinę dłuższy, ponieważ w 1973 dodano z przodu, a w 1974 również z tyłu, „pięciomilowe” zderzaki, wytrzymujące bez szkody uderzenie z prędkością do 5 mph (8 km/h). „Pociski” na bokach zgineły. Pozostała po nich łagodnie opadająca fałda. Z przodu pojawiły się podwójne, prostokątne reflektory. Rząd federalny właśnie dopuścił ich stosowanie i tak jak w 1957 roku, gdy powstał Eldorado Brougham z podwójnym, okrągłymi światłami, Cadillac wylansował nową modę. Bateria prostokątnych świateł stała się wyróżnikiem amerykańskich wozów końca lat 70. i przez całą niemal następną dekadę.

Niestety, dwudrzwiowy Coupé De Ville nie był już hardtopem! Szalejący stróże bezpieczeństwa na drogach skazali ten typ karoserii na niebyt. W latach 1974-76 Cadillac oferował tylko czterodrzwiowe modele bez słupków środkowych. Potem i tego zaprzestał. Karoseria dwudrzwiowa straciła nieco lekkości, lecz wstawienie słupków i okienka z tyłu nie zepsuło jej zanadto.