Po zjednoczeniu Niemiec w 1990 roku połączeniu uległy również oba systemy gospodarcze. Tym sposobem, pod wspólną flagą i w granicach jednego państwa produkowano samochody będące do niedawna przeciwnikami z dwóch stron Muru Berlińskiego: Mercedesa 190 oraz Wartburga 1.3. (02/26)

Samochody te w teorii nie mają ze sobą zupełnie nic wspólnego. Mercedes – marka premium, Wartburg – toporna limuzyna. Dopóki jednak świat był podzielony przez Żelazną Kurtynę, a bardziej lokalnie przez Mur Berliński, dopóty oba stanowiły dla obywateli swoich państw synonim dobrej pozycji społecznej i ukoronowanie intensywnych starań. Różnica polegała na tym, że dla jednych owe „intensywne starania” wymagały odpowiednio ciężkiej pracy i odkładania zarobionych pieniędzy do kieszeni, a dla drugich oczekiwanie nawet kilkunastu lat po zapłaceniu wszystkich oszczędności. Można zatem założyć, że kiedy Niemcy były podzielone na dwa niezależne państwa, zostanie właścicielem konkretnego auta stanowiło dla obywatela danego kraju pewnego rodzaju wisienkę na torcie.
BERLIN ZACHODNI, BERLIN WSCHODNI
Ustawmy najpierw kalendarz na przełom lat 70. i 80. Mercedes stanowił uznaną markę właściwie w każdym miejscu kuli ziemskiej, bez rozróżnienia na kontynent, zasoby naturalne czy ustrój polityczny. Różnica polegała na tym, że jedni mogli sobie na niego pozwolić i rozkoszować się jego posiadaniem, drudzy zaś o nim wyłącznie pomarzyć, bo i tak nigdy nie będzie ich na niego stać.
Ostatnie zdanie dobrze obrazuje, jak markę Mercedes postrzegano po obu stronach Muru Berlińskiego, odpowiednio w Zachodnich i Wschodnich Niemczech. W RFN stanowił ucieleśnienie sukcesu gospodarczego i prestiżowe ukoronowanie dobrze przepracowanego życia, w NRD zaś uchodził za przysłowiowego „gołębia na dachu”.



W drugim przypadku, w odniesieniu do Mercedesa istniała oczywiście prawda czasu i prawda ekranu. Według prawdy ekranu, zachodnioniemiecka marka stanowiła synonim „zgniłego Zachodu” i, zgodnie z narracją narzuconą przez władzę, należało nią gardzić. Zaś podle prawdy czasu, obywatele NRD pragnęli takiego samochodu, lecz nie mieli finansowych i logistycznych możliwości jego posiadania. Mercedes we Wschodnich Niemczech stanowił symbol lepszego świata znajdującego się po drugiej stronie Żelaznej Kurtyny, acz zupełnie nieosiągalnego. Władza natomiast, według oficjalnej propagandy uznając Mercedesy za niepoprawne politycznie, chętnie sprowadzała je dla swoich członków. Sam Erich Honecker, chociaż fakt ten próbował ukryć na wszelkie sposoby, miał na własność terenową Gelendę. Ponadto, od 1972 roku w miejscowości Bad Dueben istniało oficjalne przedstawicielstwo Mercedesa w postaci czegoś na wzór autoryzowanej stacji obsługi – firma Kuehne Autohaeuser. Wszak limuzyny dygnitarzy partyjnych nie mogły być pozostawione domorosłym mechanikom, którzy zajmowali się głównie regulowaniem gaźników i wymienianiem przegubów napędowych, prawda?


Świat po ciemniejszej stronie Muru Berlińskiego był pod względem motoryzacji niezwykle ponury. Pomijając fakt, że atmosfera była stęchła od błękitnego dymu z dwusuwowych silników, to obywatel, który dostąpił zaszczytu posiadania własnego samochodu, musiał przedtem na niego czekać co najmniej kilka lat. Po ich upływie otrzymywał żałosnego Trabanta lub – jeżeli był bardziej – obrotny Wartburga 353. Limuzyna z Eisenach z uwagi na ogólną beznadzieję samochodowego przemysłu w NRD, uchodziła za lokalny synonim prestiżu i luksusu. Cóż, każdy miał takiego Mercedesa, na jakiego sobie zasłużył. Nie muszę oczywiście dodawać, że w RFN Wartburg wzbudzał raczej stłumiony śmiech i politowanie niż jakikolwiek szacunek i poważanie.
